Kobiece rozterki przy doładowaniu

Kręcę się w kółko, już kolejny raz szukając miejsca pod osiedlowym sklepikiem i chyba zaraz zaparkuję w garażu pod domem i może wybiorę się na piechotę. Nie potrzebne mi żadne zakupy spożywcze. Zapomniałam pod firmą po wyjściu z pracy kupić zdrapki doładowującej mój telefon i teraz mam problem, bo za chwilę kończy mi się ważność konta i stracę możliwość korzystania z tego numeru. Całą książkę telefoniczną szlak trafi. Słyszałam, co prawda, że można doładować z innego telefonu, ale nie mam drugiej komórki, jedynie stacjonarny, ale z niego nie skorzystam z oferty doładowania komórkowe. Gorzej, że muszę za chwilę zadzwonić a na karcie mam ledwie dwa złote. Nie ma, co się zwiedzać okolicy, wjeżdżam do garażu i gnam na piechotkę. Byle tylko się nie okazało, że nie mają, bo się akurat skończyły. Za chwilę biegnę z kuponem na moje pierwsze piętro, rzucam wszystko gdzie popadnie i biorę się za wprowadzanie kodu. Nie cierpię tej czynności, ale jak mus to mus. W inny sposób się nie da tego uruchomić. Pewnie za chwilę się pomylę, bo ciągle to tak wygląda. Dlatego kupuję doładowanie za pięćdziesiąt złotych, by trzymało te trzy miesiące ważność środków na koncie. Potem i tak muszę go doładowywać, bo czasem przegadam wcześniej całą kwotę. Chciałabym by była jakaś prostsza metoda zasilenia konta.

System reklamy Test